Ks. Stefan kardynał Wyszyński – człowiek trudnego dialogu

– kazanie nowennowe o. Tomasza Jarosza CSsR

Ukochani w Chrystusie Panu Siostry i Bracia!

Życie ks. Stefana Wyszyńskiego nie upływało tylko na wypełnianiu zwykłych czynności kapłańskich. Owszem, były one solą jego życia. Modlił się więc, głosił słowo Boże, udzielał sakramentów świętych. Wzrastająca pozycja w hierarchii kościelnej wymagała od niego także podejmowania nieustającego dialogu z przedstawicielami różnych grup społecznych. Był bowiem przewodnikiem, przełożonym, mediatorem, słowem pasterzem, który, gdy zajdzie taka potrzeba, stanie również w obronie trzody sobie powierzonej. Co więcej, był gotów oddać za nią nawet swoje życie. W podniosłym przemówieniu, przeczuwając uwięzienie, wołał: „Gdy będę w więzieniu, a powiedzą wam, że prymas zdradził sprawę Bożą – nie wierzcie! Nigdy nie zdradziłem i nie zdradzę sprawy Kościoła, choćbym miał za to zapłacić życiem i własną krwią… Gdyby mówili, że prymas działa przeciwko narodowi i własnej ojczyźnie – nie wierzcie! Kocham ojczyznę więcej od własnego serca i wszystko, co czynię dla Kościoła, czynię także dla niej”. Po tych słowach nastąpił czas trzyletniej próby ogniowej – okres bardzo znaczący, nad którym można by się rozwodzić bez końca, odnajdując przymioty charakteru Prymasa pozwalające mu nie tylko przetrwać, ale odnieść spektakularne zwycięstwo. 

Nas dzisiaj jednak będzie bardziej interesowało jego codzienne zmaganie się z żywą materią, którą był konkretny człowiek postawiony mu na drodze przez Boga. Musiało to być rzeczywiste zmaganie, bo Stefan Wyszyński był w gruncie rzeczy samotnikiem. Znane są jego rozmowy z o. Jackiem Woronieckim o życiu zakonnym. Bliski mu był charyzmat paulinów – mnichów z Jasnej Góry. Nie był człowiekiem spontanicznym, łatwo nawiązującym kontakty. Nawet wobec najbliższych współpracowników zachowywał dystans. Chętnie przedstawiamy go wraz z ks. kardynałem Karolem Wojtyłą. Gdy jednak ze sobą przebywali, zawsze zwracali się do siebie per „księże prymasie”, „księże kardynale”. 

Stawką w tym zmaganiu było bardzo wiele spraw, decydujących niejednokrotnie o losie nie tylko pojedynczych osób, ale czasami nawet całego narodu. W takich okolicznościach zawsze istnieje pokusa, żeby zachować się jak dowódca wojskowy, który niejednokrotnie musi czyjeś życie poświęcić, żeby z kolei inne ratować. Władza nad losami ludzkim, nawet ta najmniejsza, może ponadto rodzić poczucie wyższości wobec podwładnych. Dla Prymasa zaś cenny był każdy człowiek, i to bez względu na pozycję, jaką zajmował. Kluczem zaś do dialogu, który za każdym razem z nim podejmował, był szacunek, jego zdaniem należny każdemu bez wyjątku człowiekowi. Swojemu kapelanowi ks. Bronisławowi Piaseckiemu wydał następujące dyspozycje: „Ty będziesz w moim imieniu przyjmował ludzi na progu domu. Każdy wchodzący ma być uszanowany i wysłuchany. Rozstrzygnięcia będą różne, bo nie wszystko da się załatwić i nie wszystkich da się zadowolić. Ale uszanować trzeba każdego”.

W bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem zachowywał godność osobistą: nikogo nie grał, miał poczucie własnej wartości. Był przy tym jednak życzliwy i ciepły, co dawało dobrą podstawę pod poważne, rzeczowe rozmowy oparte na wzajemnym zaufaniu. Trudno bowiem obdarzyć kogoś szacunkiem, jeżeli się go nie ma do samego siebie. W istocie był pogodny i skłonny do radości. Chętnie żartował. Nie był to jednak chichot, ale wyraz wewnętrznej wolności, pokoju.

Odznaczał się kulturą słowa, precyzją i starannością w wyrażaniu myśli i formułowaniu zdań. Jakże nam dzisiaj tego brakuje, gdy zewsząd zalewa nas „dyktatura luzu”, gdy eksponuje się bez żadnych oporów wady wymowy i trudności w wysławianiu, zamiast nad nimi pracować.

Gdy rozmówca zabierał głos nie polemizował, nie przerywał, nie dawał ponieść się emocjom. Wypowiadał się  dopiero na końcu. Z takiej postawy przebijała ogromna odpowiedzialność za słowo oraz za urząd, który reprezentował. Urząd ten potrafił zaś uszanować także u innych. Sam będąc arcybiskupem i kardynałem, całował kapłańskie ręce. 

Miał ogromny szacunek zwłaszcza do kobiet. Każdorazowo, gdy je przyjmował w swoim gabinecie, wstawał od biurka. Była to zasługa solidnej kindersztuby, jaką otrzymał w domu rodzinnym. Uzyskał w ten sposób formację, która nie tylko procentowała w kolejnych latach życia, ale była wzbogacana i pogłębiana. Stałym nauczycielem był dla niego oczywiście Jezus Chrystus oraz Jego Najświętsza Matka. Systematyczna modlitwa, medytacja, rozważania Pisma św., przesiadywanie w myślach w licznych ojczystych sanktuariach były dla niego niewyczerpanym źródłem inspiracji. Ciągle zdobywał także nowe doświadczenia. Uczył się od innych, a był pojętnym uczniem.

Pan Bóg od najwcześniejszych lat stawiał ks. Stefana Wyszyńskiego przed trudnymi zadaniami. Wrażliwy na niesprawiedliwość, uznając całkowicie słuszność nauki społecznej Kościoła, nie mógł nie dostrzec w miejscowościach, w których żył, nabrzmiałych konfliktów społecznych. W okresie międzywojennym Włocławek był niemałym ośrodkiem przemysłowym, gdzie w robotnikach widziano tylko siłę roboczą. Ludność wiejska natomiast nie miała często własnych środków utrzymania; mogła tylko pomarzyć o zwierzętach gospodarskich, o kawałku własnej ziemi pod uprawę. Ze wschodu natomiast coraz odważniej docierała kłamliwa propaganda komunistyczna ukrywająca za woalem haseł o równości i wspólnocie środków produkcji szaleńczą ideologię walki klas. Ks. Wyszyński miał znajomych zarówno wśród robotników, jak i fabrykantów czy właścicieli ziemskich. Dla jednych i drugich głosił rekolekcje. Jednym i drugim wyjaśniał stanowisko katolickiej nauki społecznej, stwarzając płaszczyznę do rozmów, nie do konfrontacji. Reakcje bywały różne. Przed wojną uzyskał nawet miano czerwonego prałata. Nie był za swoją działalność noszony na rękach. Głosił jednak cierpliwie niewygodne prawdy, pobudzając do myślenia, studząc niepotrzebne emocje, szukając punktów stycznych. Uświadamiał jednak przede wszystkim swoim słuchaczom, że są jedną rodziną, jednym narodem, dziećmi Bożymi.

Po wojnie sytuacja zmieniła się diametralnie. Naszą ojczyznę opanował reżim komunistyczny, u którego wspólnotę narodową zastąpił internacjonalizm, zaś religijną ateizm. Nienawiść do wroga klasowego stała się ideologią obowiązującą. Nie było mowy o najmniejszych skrupułach w osiąganiu wyznaczonych celów, panowała zasada „do celu choćby po trupach”. Kościół był przeszkodą, którą trzeba usunąć, zlikwidować. W takiej rzeczywistości ks. Stefan Wyszyński został najpierw biskupem, a następnie prymasem Polski. Dla władzy świeckiej uosabiał Kościół, stał się więc dla niej głównym przeciwnikiem. A przecież władza to konkretni ludzie. Należeli do niej przedstawiciele tego samego narodu, ludzie władający tym samym językiem, wychowani w kulturze przepojonej chrześcijaństwem. Prymas wychodził z założenia, że zawsze trzeba rozmawiać, że Polski nie stać na wylewanie kolejnych potoków krwi. A spotykał się czasami wręcz z czystą nienawiścią, której nie bał się wytknąć nawet tak posępnym postaciom jak Julia Brystygierowa, słynna Krwawa Julia, odpowiedzialna za cierpienia i śmierć wielu polskich patriotów.

Rozmawiał, sam wystrzegając się nawet pozorów nienawiści, cierpliwie tłumaczył swoje stanowisko. Własną krzywdę stawiał na dalszym planie. Kiedyś jedna z członkiń Instytutu Prymasowskiego Anna Rastawicka zadała mu pytanie: „Proszę Ojca, jak to jest: czy nie wystarczy przebaczyć Gomułce, ale jeszcze trzeba go kochać? Jak to możliwe?”. „Bóg go kocha, to co ja mam do powiedzenia?” – odparł Prymas. Nienawiść zaślepia, odbiera umiejętność trzeźwego myślenia, natomiast miłość daje zdolność prawidłowego widzenia. Dlatego ona stała się motorem napędowym wszelkich działań Prymasa i siłą, dzięki której Duch Święty mógł przez niego działać swoją ciągle nową, twórczą, potężną siłą. A jego ulubionym powiedzeniem było: „Czas to miłość”.

Mijały lata, a autorytet Ks. Kardynała wzrastał. Stawał się osobistością, której nie można było lekceważyć, nawet gdyby ostro krytykował postępowanie władzy. Dla społeczeństwa zaś stał się głównym autorytetem. On zaś wcale nie podkreślał swojej przewagi. Rządzący byli dla niego braćmi, za których zbawienie czuł się odpowiedzialny. Mówił: „Nie idzie o to, aby wymieniać ludzi, ale o to, aby ludzie się odmienili. Idzie o odnowę człowieka… Trzeba obudzić sumienia”. Po Bogu najważniejsza była dla niego Polska. Kierował więc swoje nauczanie również do rządzących. Do Gierka powiedział kiedyś dosadnie : „Dajcie ludziom jakieś luzy. A sami nawróćcie się i przestańcie kraść”. Oni natomiast musieli się z nim liczyć; więcej, oczekiwali nawet, że w trudnych momentach będzie mediatorem w ich zmaganiu z narodem.

Była jeszcze jedna kategoria ludzi, z którym podejmował dialog: to ci, którzy go zdradzili. Niestety, do grona takich osób należeli również jego bracia w kapłaństwie. Byli to często ludzie, którzy pogubili się w swoim życiu i z tego powodu zostali wykorzystani przez aparat władzy. Należeli do nich m.in. tzw. „księża patrioci”. Z biegiem lat ich pozycja u rządzących malała, pozostawali zaś w realnej zależności jurysdykcyjnej od Prymasa. On zaś im przebaczał, starał się nawet tłumaczyć ich decyzje zaistniałymi okolicznościami społeczno-politycznymi. Nie wszystkich było wtedy stać na heroizm, i Ks. Kardynał bardzo dobrze to rozumiał. Nie odgrywał się. Był jak ojciec przyjmujący marnotrawnych synów.

Rychła beatyfikacja ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego jest świetną okazją, żeby szukać inspiracji w jego osobie dla naszego życia społecznego i osobistego. Sposobu postępowania z ludźmi nie można oczywiście skopiować dokładnie. Można jednak przeciwstawiać się negatywnym emocjom i dopuszczać do głosu rozsądek. W ostatnich latach bowiem nienawiść rozpanoszyła się strasznie w naszym życiu społecznym, zatruwając nawet najprostsze relacje między ludźmi i odbierając im rozum. Ludzie przestali ze sobą dialogować, ograniczając się tylko do wygłaszania monologów wcześniej przygotowanych i uzgodnionych z podobnie myślącymi. Trzeba, abyśmy wznieśli się ponad uprzedzenia i zaczęli słuchać. Trzeba, abyśmy zrozumieli, że ci drudzy też są dziećmi Bożymi i naszymi braćmi i siostrami, którzy mają tę samą godność co my sami. Wszyscy idziemy w tym samym kierunku, a jest nim królestwo Boże. Wszyscy idziemy w jednej wspólnocie, a jest nią Polska. Amen.

2020-05-23T08:52:42+02:00